„Mitchellowie kontra maszyny” to animacja ze studia Sony. Na plakatach chwalą się, że jest to film twórców „Spiderman Multiversum” (czyli jednego z najlepszych filmów superbohaterskich ostatnich lat) i „Lego przygoda”. No, ale reżyserami i autorami scenariusza są Micheal Rianda i Jeff Rowe, którzy są najlepiej znani ze swojej pracy przy „Wodogrzmotach Małych”. Rowe ma też w portfolio sporo odcinków „Rozczarowanych”. Dobra, ale już dość o nazwiskach. Przejdźmy do filmu. „Mitchellowie kontra maszyny” to opowieść o lekko dysfunkcyjnej rodzince Mitchellów. Kiedy ich najstarsza córka Katie dostaje się do szkoły filmowej na drugim krańcu kraju, postanawiają ją tam odwieźć. Robiąc sobie przy okazji ostatnią wspólną wycieczkę. Tylko, że po drodze roboty podnoszą bunt i następuje apokalipsa. A nasi bohaterowie, chcąc czy nie chcąc, staje się jedyną nadzieją ludzkości.

No i krótko. Ten film po prostu działa. Sprawdziłem, jest to komedia dla całej rodziny. Jest coś dla dzieciaków, jest coś dla starszych, jest mnóstwo gagów na różnym poziomie, odrobina wzruszeń (bo osią fabularną są różne rodzinne konflikty, które nasi bohaterowie muszą przezwyciężyć, żeby uratować ludzkość), trochę społecznej krytyki i tak dalej. Generalnie, wszystko co można wymagać od współczesnej animacji. Odmierzone w idealnych proporcjach. Bezpretensjonalne i naprawdę zabawne.

Drugim filmem jest „Miłość i potwory”. Mój znajomy napisał, że jest to film, który niewiele obiecuje, ale co obiecał, to sumiennie dostarcza. I myślę, że to najlepsze podsumowanie tego tytułu.  Tutaj apokalipsę zaserwowała nam wielka asteroida, która przyniosła równocześnie ze sobą jakieś świństwo. I z powodu tego świństwa okoliczne zwierzaki (chociaż nie wszystkie) urosły do gigantycznych rozmiarów. A potem opanowały cały świat. Resztki ludzkości ukryła się w rozsianych w różnych miejscach bunkrach. Jednym z ocalałych jest główny bohater, nastolatek Joel Dawson. Nawiązują on przez radio rozmowę ze swoją dawną sympatią. A kiedy radio się psuje, postanawia wyruszyć w niebezpieczną drogę do jej kolonii. I to pomimo tego, że przy każdym spotkaniu z potworami paraliżuje go strach.

To co najlepiej się udało w „Miłości i potworach” to właśnie potwory. Film był zresztą z tego powodu nominowany do Oscara w kategorii efekty specjalne. Gigantyczne żaby, ślimaki, owady, kraby, cała ta menażeria robi wrażenie, nie razi sztucznością. Aż trochę żal, że spędzamy z nimi tak mało czasu. Sam postapokaliptyczny krajobraz jest kolorowy, wypełniony zielenią i przypomina trochę obrazki, które znamy z „The Last of Us”. Fabuła jest prosta. Mamy bohatera, wyrusza na wyprawę, przeżywa przygody, spotyka nauczyciela i przechodzi Wielką Przemianę. Ale podobnie jak w „Mitchellach kontra maszyny” jest tutaj dużo dobrej, bezpretensjonalnej zabawy. Miało być fajnie, miało być przyjemnie, miało być coś do oglądania po ciężkim dniu pracy i tym właśnie „Miłość i potwory” jest. Taka samoświadomość twórców, wiedza na temat własnych możliwości i jasne wytyczenie celu, jaki sobie stawiają, zawsze robią na mnie wrażenie.

No dobra. A co po tych dwóch filmach? Jakie postapokaliptyczne komedie warto zobaczyć? Na pierwszy rzut powinny pójść dwa tytuły, które są już dzisiaj klasykami. Mowa oczywiście o „Shaun of the Dead” (przepraszam, nie znoszę polskiego tytułu „Wysyp żywych trupów”) i „To już jest koniec”. To dwie z trzech części tzw. trylogii Cornetto (trzecia „Hot fuzz”, sensacyjna komedia do tego zestawienia nie pasuje) Edgara Wrighta. Filmów od których zaczęła się wielka kariera Simona Pegga i trochę mniejsza Nicka Frosta. W „Shaunie…” dwóch niezbyt rozgarniętych współlokatorów nagle staje w oko w oko z hordą zombie. A jeden z nich próbuje równocześnie rozwiązać swoje problemy sercowe. Powiecie, że nie ma w tym pomyśle nic specjalnie odkrywczego. I to prawda. Tylko, że „Shaun…” to film z roku 2004 i zrobili coś takiego bodajże jako pierwsi. A na pewno zrobili to najlepiej. Bo do dziś dnia nie widziałem zabawniejszej komedii z zombimi w roli głównej (lub drugoplanowej). I tak, „Zombieland” chociaż niezły, jednak się nie umywa. Z kolei „To już jest koniec” to opowieść o grupce znajomych, którzy postanawiają wyruszyć po latach wrócić do rodzinnego miasteczka i raz jeszcze przejść się pubowym szlakiem, wypijając piwo w każdym z nich. Co ma to wspólnego z apokaliptycznymi klimatami? To już zostawię widzom do odkrycia. Niewątpliwie „To już jest koniec” jest słabszy od „Shaun of the dead”, ale ciągle bawi.

Natomiast jeśli chodzi o seriale, to chciałem polecić Państwu dwa. Pierwszym jest „The last man on earth”, gdzie w wyniku epidemii nieznanego wirusa dochodzi do wyginięcia prawie całej ludzkości. Prawie, bo na początku poznajemy Phila, który samotnie przemierza Stany Zjednoczone w poszukiwaniu ocalałych. Bezskutecznie. A przynajmniej do czasu... Przyznam, że to jest dziwny serial i nie do końca może wszystkim podejść. Przede wszystkim dlatego, że Phil jest człowiekiem, który sam na siebie, z tak niskich pobudek jak to tylko możliwe, sprowadza na siebie kolejne kłopoty. A każdy jego skomplikowany plan prowadzi do kolejnej katastrofy. Ale robi to w prześmieszny sposób. Co nie zmienia faktu, że oglądamy go z rosnącym zażenowaniem i koniec każdego odcinka przyjmujemy z pewną ulgą. Ale tylko po to, żeby zaraz włączyć kolejny.  

I wreszcie na koniec netfliksowy „Daybreak”. Niestety tylko jeden sezon serialu o świecie, gdzie z jakiegoś powodu zniknęli wszyscy dorośli. Mamy więc nastolatków, którzy podzielili się na różne plemiona i próbują urządzić się w tym postapokaliptycznym świecie. Trochę „Władcy Much”, dużo dobrej zabawy i pewien chłopak, który poszukuje swojej ukochanej. Świetny początek, w środku lekko zawiało nudą, żeby pod koniec znowu przyspieszyć. Naprawdę bardzo żałuję, że nie dane nam będzie zobaczyć ciągu dalszego.