Czy z tą intuicją artystów to prawda, czy tylko mit?

W Hotelu Europejskim była kiedyś knajpa na samym narożniku, przy ścianie ministerstwa. Gościłem przyjaciół z Francji i tak naprawdę to było jedno z nielicznych miejsc, gdzie mogłem ich zaprosić. Przychodzę. „Panie Andrzeju, ale mamy tylko jeden stolik”. Patrzę i mówię do szefa sali, że nie, coś mi nie pasuje, bo na wyjściu z kuchni, więc czekamy, widzę, że pewna pani wstaje, mówię „O, tam”, „A to sekundeczkę, już sprzątniemy”. Usiedliśmy. Jemy. A przy stoliku, przy którym mieliśmy siedzieć, dziewczyna z chłopakiem, ona w sukience na cienkich ramiączkach, śliczne długie, czarne włosy. Rozmawiają. Nagle z kuchni wychodzi kelnerka, niesie dwa talerze, co się stało, nie wiem, ale nagle ten talerz „fłiiit” i wielki kotlet zjeżdża dziewczynie po tych włosach i za sukienkę. I wiecie, jak ten szef sali na mnie patrzył?!

Czyli prawda.

Albo szczęście, bo mnie się naprawdę w życiu niewiarygodnie udawało. Gdybym wybrał studia w Warszawie i przez przypadek się nie znalazł w Poznaniu, to bym był na malarstwie i może dziś siedziałbym na Rynku i sprzedawał pejzaże z Warszawą.

Andrzej Pągowski – szczęście artysty

To pogadajmy o szczęściu.

Przez to, że spotkałem Waldka Świerzego, który stworzył mnie na nowo, mówiąc: „Andrzej, daj sobie spokój z malarstwem, chodź do mnie”. Ja wątpiłem. „Jak to? Plakat?”. Ale u niego otworzyło mi się to, że ja nie jestem tylko malarzem, ale artystą, który na zamówienie potrafi z siebie wykrzesać pomysł. Dzwonisz, mówisz: „Andrzej...”, a mnie się w tym momencie zapala idea. Jeśli siedzę i nie mam zamówień, to mnie to nie kręci.

Czyli musi być motywacja? Deadline?

Sarapata kiedyś do mnie dzwoni: „Andrzej, zrobię ci wystawę”. „Ale ja nie mam prac”. „No to cyrk zrób”. To ja maluję trzydzieści obrazów cyrkowych, bo miałem od niej deadline. W momencie, kiedy Waldek mnie ściągnął do swojej pracowni, nagle mnie olśniło, że to jest to, że zaspokoję moją próżność, bo moje prace będą na ulicy, wszyscy będą je oceniać, wszystko jedno dobrze, źle, ale będę miał feedback.

Obawę przed oceną miewasz?

Żadnej. Artysta, który nie chce być oceniany albo któremu nie zależy na odbiorcach, kłamie. W tej chwili już się przeprosiłem z malarstwem, ale kiedyś nie wiedziałem, po cholerę ja to robię. Lubiłem, jak dzwonił reżyser i zamawiał plakat. Okazało się, że mam umiejętność obejrzenia filmu trzygodzinnego i opowiedzenia go w jednym obrazku. Ale też opowiadam każdy film w inny sposób, żeby znaleźć odpowiedź na Bergmana, na Felliniego, na Wajdę i na komedię Barei.

Kieślowski uważał, że nikt tego nie potrafi lepiej...

On był w ogóle zaskoczeniem, przyszedł jakiś facet i mówi, że będzie robił filmy i chciałby, żebym ja robił plakaty. Moja żona pyta mnie: „A ile on filmów zrobił?”. Odpowiedziałem, że jeden. Ale potem, jak się zaprzyjaźniliśmy, zaczęliśmy jeździć na festiwale. To on mi uzmysłowił, jakie ten plakat ma znaczenie. Tak naprawdę to on jest ojcem tych duetów: Andrzej Pągowski i reżyserzy. On uzmysłowił mi odpowiedzialność: co z tego, że na przykład Wajda zrobi świetny film, jak ja zrobię zły plakat. Idziesz ulicą, patrzysz na gówniany plakat i myślisz: „Co ja będę taki film oglądał...” Dzisiaj jest inaczej. Wtedy tylko plakat był informacją o filmie czy spektaklu. Nie było internetu, billboardów, spotów telewizyjnych. Plakat miał znaczenie.

Rekomendacja Kieślowskiego wystarczyła, żebyś od razu był na szczycie?

To Świerzy. A ja się po latach dopiero zorientowałem, dlaczego moi koledzy mnie nie lubili. Bo nie terminowałem. Waldek po moim powrocie do Warszawy powiedział: „To jest mój uczeń” i od razu usiadłem przy stoliku artystów w Europejskim. Bo to wyglądało w ten sposób, że w Lajkoniku na placu Trzech Krzyży siedzieli satyrycy: Lutczyn, Mleczko, Butenko, Lengren, wszyscy tam przychodzili pić. Kiedy poszedłem do „Szpilek” z moim portfolio, dumny, po studiach zasuwam, usłyszałem: „Proszę poczekać, bo jest kolegium”. Otwierają się drzwi i wychodzą Mleczko, Dudziński, Lutczyn, Czeczot, Krauze, Lipiński... No i spieprzyłem. Dotarło do mnie, na co się porywam z jakimiś moimi rysunkami. Czytałem o tych ludziach, znałem ich prace, a tu nagle patrzę: oni wszyscy istnieją. Ale z plakatami od razu byłem w samym centrum. W Europejskim tu siedzieli fotograficy, a tam Akademia Sztuk Pięknych, profesorowie. Wchodzę, a Świerzy woła: „Andrzej, chodź, chodź”. Nikt poza mną nie miał takiej sytuacji. Czekało się latami. W Czytelniku Głowacki najpierw siedział przy wejściu, potem przy okienku do wydawania posiłków i dopiero po jakimś czasie Konwicki mówi: „Panie Januszu, pan podejdzie do nas” i cała sala wiedziała, że Konwicki i Holoubek zaprosili Głowackiego. Tak wyglądało wtedy namaszczenie.

Andrzej Pągowski – nie ma przepisu na sukces

Jak to następuje dzisiaj?

Pytają mnie na spotkaniach autorskich: „Panie Andrzeju, jak mamy to zrobić?”, a ja mówię: „Nie macie szans, bo świat już tak nie działa”. Oglądam na fejsie genialne prace tych młodziaków, widzę, dla jakich gazet pracują, ale to się na nic nie przekłada. Chwalą się nagrodami. Ale co ci da nagroda? Mnie na ziemię sprowadził kiedyś dyrektor Metro-Goldwyn-Mayer. Dałem mu album, wziął i zaraz odłożył. To ja z takim albumem, takie piękne prace, a on nie chce nawet obejrzeć?! Mówię, że tam są i Fellini, i Kurosawa. Wyczuł, że źle się zachował, wziął, przegląda i przy czwartej reprodukcji pyta, za który plakat mi zapłacono. A ja, że za wszystkie. I to zmieniło sytuację. Dwie godziny przeglądał, bo jeżeli ktoś płaci ci za wszystko, to znaczy, że jesteś coś wart. W pewnej chwili pyta: „Umiałbyś dzisiaj tak namalować?”. No a ja, że dlaczego nie. A on, że „jeżeli dzisiaj byś umiał tak zrobić, to jesteś dobry, a jeżeli dzisiaj nie umiesz, to nie ma znaczenia, co kiedyś zrobiłeś”. Chcieli mnie zatrudnić w agencji reklamowej, ale wtedy w Polsce nie było agencji reklamowych, jak zobaczyłem pięćdziesięciu Chińczyków, Koreańczyków, którzy siedzą i zapierdalają jak maszynki, a dyrektor artystyczny przychodzi, bierze, drze, wyrzuca, to nie chciałem. Dotarło do mnie, że to zupełnie inny świat. Że ja tego nie rozumiem, więc po co mam tam zostawać?

No, ale udało ci się odnieść światowy sukces.

Przez przypadek. Kieślowski pojawił się tuż przed falą buntowników kina: Holland, Kijowski, Domaradzki, Falk. Dla wszystkich robiłem plakaty. A po latach okazało się, że wyrośli na genialnych twórców. A ja siedziałem w samym środku. Plakaty filmowe były rejestrowane i Film Polski co roku wydawał katalog z całym rocznym dorobkiem. I nagle patrzę „1981 rok”, plakaty dla wszystkich polskich filmów zrobiłem ja, „1982” — tak samo. A to był rok, kiedy wystartowali wszyscy młodzi. „Indeks”, „Aktorzy prowincjonalni”, „Gorączka”, „Kung-fu”...

Musiałeś być artystą bezczelnym.

Nigdy nie byłem skromny, ale pracowałem na to ciężko, bo tysiąca siedmiuset plakatów nie robi się na balangach. Ale ja te projekty dla Holland czy Kieślowskiego robiłem bez kalkulacji, że będą sławni. To były autentyczne, twórcze przyjaźnie. Wtedy dom Wajdów jednoczył środowisko, ostatnio Stanisława Celińska mi opowiadała, że kiedy Wajda zbierał zespół, to zawsze miał tych samych ludzi, od kablarza, oświetleniowca, po aktorów. I nie bardzo wiem, jak do tego doszło, ale jestem jedynym grafikiem, który wszedł tak mocno w środowisko filmowe. Czuję się członkiem tej rodziny filmowej, jestem chyba jedynym plakacistą w kapitule polskich nagród filmowych — Orłów. 

Zasłużyłeś. To wyraz uznania. Reżyserzy mają duże ego, musieli ci bardzo zaufać, żeby się odnaleźć w metaforze plakatu.

Krzysztof mnie uczył odpowiedzialności. Był filozofem kina. Kłóciliśmy się często. Przed zrobieniem plakatu pytałem go: „Po co zrobiłeś ten film?”, a on: „Co za pytanie?!”, a potem odkrywał, że to jest pytanie najważniejsze. Wielu te moje pytania wkurzały, ale też sami sobie zaczęli je zadawać. Tylko Barei nie zapytałem, bo był już mocno wkurzony, cięli mu „Misia”. Powiedziałem, jaki mam pomysł na plakat, a on: „Kurwa! Nie puszczą”. Zrobiłem trochę inaczej, ale i tak cenzura zatrzymała, ale w końcu puściła. Myśmy się wszyscy znali, wszyscy się lubili. Nie było telefonów komórkowych, a myśmy cały czas byli ze sobą w bliskim kontakcie. Ja nigdy nie piłem, więc albo ich woziłem, albo odwoziłem.

Andrzej Pągowski – narkotyk jest w robocie

Dlaczego nie pijesz?

Mam narkotyk w robocie. Alkohol przeszkadza w pracy, a ja jestem od niej uzależniony. Dlatego źle przeżyłem COVID, bo nie było roboty. Ten nasz koszyk dóbr jest bardzo malutki. Masz to, to, to, i masz kulturę. Teraz otworzyliśmy kina, teatry, ale jeżeli masz pięć dobrych premier, a w koszyku masz tylko jedną działkę na kulturę, to musisz wybrać, czy idziesz na „Godzillę”, czy na „Nomadland”. 

Czy dzisiaj można pójść twoim śladem i zostać artystą światowej rangi?

Nie ma szans, jeśli nie masz biznesu, który cię wypromuje. Ja nie inwestowałem w marketing, no bo w jaki sposób? Wiecie, ilu jest dziś genialnych artystów, naprawdę genialnych, robią dla „New Yorkera” i innych ważnych tytułów, a nikt o nich nie wie, bo skąd mamy o nich wiedzieć?

Czy to dlatego, że scrollujemy internet? Nie przywiązujemy się do rzeczy wartościowych?

Nie ma możliwości tworzenia ponadczasowych dzieł. Mnie „Misia”, „Człowieka z żelaza”, „Przypadku” już nikt nie odbierze. Kiedy Holland nakręciła „Obywatela Jonesa”, zrobiłem dla niej graficzny plakat, był już na tylu wystawach na świecie i ludzie często pytali: „Co to jest?”. Nie wiedzą... Z drugiej strony są oczywiście takie strzały jak Wilhelm Sasnal. Teraz jest podobno genialny okres dla sztuki. Ludzie inwestują. Przyjaźnię się z Olbińskim, chociaż jego styl to nie moja poetyka. Bardzo szanuję jego wyobraźnię, bo pomysły ma genialne. A ludzie to kupują. I nagle ceny poszły w górę, dwa obrazy po dwieście tysięcy. Unia Europejska wprowadziła zasadę, że jeżeli gdziekolwiek twój obraz jest oficjalnie sprzedawany, to masz pięć procent z transakcji. Masz tantiemy, bo nadal jesteś jego autorem. Tak jak Wajda jest ciągle autorem swoich filmów, a potraficie wymienić ich tytuły?

Nie stresuj nas.

Ludzie dochodzą co najwyżej do dziesiątki. Zapominają o „Człowieku z żelaza”, o „Człowieku z marmuru”, o „Weselu”, zapominają nawet o „Ziemi obiecanej”. A Wajda zrobił sześćdziesiąt filmów! Dlatego robię teraz projekt o nim. Wywiady z aktorami, wszystkie plakaty zaprojektowane i wykonane na nowo. Dlatego to się nazywa „Wajda na nowo”. Oglądam wszystkie filmy w kolejności i nagle odkrywam, co się stało, jak on poznał Olbrychskiego. Co on wyprawiał. Z „Popiołów” rzucił w „Brzezinę”, tu gra fantastycznego żołnierza, a tu starego dziadka, któremu żona umarła. To samo z Jandą.

Kiedy ta praca wyjdzie?

Wymyśliłem do tego festiwal, 19 sierpnia startujemy w Suwałkach. Mamy trzy dni festiwalu imienia Andrzeja Wajdy. Jeżeli się sprawdzi, a prezydent jest bardzo zachwycony tym pomysłem, to będzie w Suwałkach cykliczny festiwal.

Dlaczego Suwałki? Bo są otwarci?

Bo Wajda się urodził w Suwałkach. Jeżeli to się spodoba, to albo co dwa lata, albo co roku będzie festiwal imienia Andrzeja Wajdy poświęcony Agnieszce Holland, imienia Wajdy poświęcony Kieślowskiemu. Suwalska publiczność jest bardzo dobra, przez lata wychowana przez festiwal bluesa, jak jest święto sztuki, to przychodzisz. Na imprezach bywa po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, z czego połowa to miejscowi. Druga odsłona tego projektu będzie na festiwalu w Gdyni 21 września. Tam mam pełną wystawę w Muzeum Miasta Gdyni.

Wszystkie plakaty do filmów, do których rysowałeś już wcześniej, zrobiłeś od nowa?

Tak, ale z wyjątkiem „Człowieka z żelaza”, bo Wajda do kamery mówił, że to był jego ulubiony plakat. Myśmy się poznali przy tym filmie. On na temat „Człowieka z żelaza” miał fioła. Kiedy miałem trzydziestopięciolecie pracy zawodowej w Gdyni, Wajda nagle przychodzi, nawet nie wiedziałem, że przyjechał, bierze klapę, odpina znaczek „Człowieka z żelaza” i mi go wpina jak order i błogosławi, kamery na niego, bo akurat rozmawiałem z jakąś dziennikarką, a on mówi wtedy: „Wie pan, do takiego plakatu warto było zrobić ten film”. Wajda mówi taki tekst, a dziennikarkę, z którą miałem wywiad, zatkało.

Pamiętasz, jak powstał ten plakat?

To był konkurs. Zgłosiłem mój plakat i jemu się spodobało. A pomysł miałem już wcześniej, na studiach, do „Piłata”, a potem go przerobiłem, bo do „Człowieka z żelaza” pasował o wiele lepiej. Wymalowałem się czerwoną farbą, położyłem się na tej koszuli. Potem nie mogłem zmyć z siebie farby, przez trzy dni chodziłem czerwony, jak jakiś poparzony Indianin.

Andrzej Pągowski – dar od Boga

To jest dar od Boga?

Tak, to jest dar od Boga. To jest też niesamowite, jak różnymi drogami chodzą pomysły. Kiedyś zadzwoniła do mnie pewna pani, że będzie pisała pracę magisterską o moim plakacie. Udzieliłem jej wywiadu. Potem dostałem od niej tę pracę magisterską, ja to do dzisiaj czasami ją czytam, żeby przypomnieć sobie, jaki ja inteligentny jestem, że takie rzeczy znalazła w moich pracach. Powiedziałeś, że masz pewność siebie, ona bije z ciebie.

W którym momencie zdobyłeś wiarę w to, co umiesz?

Na początku to była bezczelność, dziś jest pewność. Waldek mi powtarzał: „Ty jak murarz, wiesz, że umiesz ten dom wybudować”. Kieślowski mi powiedział: „Gdybyś okazał się wydmuszką, to szyb- ko by to padło”. Jedna porażka i pozamiatane, nie podniesiesz się z tego. Ja trzymam poziom. To narkotyczna chęć robienia i wchodzenie w to wszystko. I oczywiście wiem, że ja się na końcu podpisuję, ale tak naprawdę cały czas pracując, robię to dla tego, kto zamówił. Strasznie chcę pomóc. Krzysztof mi zawsze mówił: „Pamiętaj, możesz zaszkodzić albo możesz pomóc”. Ja zawsze chciałem pomóc. Czasem się z Raczkiem kłócę. „Czemu ty robisz takie dobre plakaty do takich kiepskich filmów?” „No bo chcę, żeby im pomogło”. Przyjaźnię się internetowo z Agnieszką Duczmal, jak kiedyś lecieliśmy samolotem, ja czytam książkę, ona czyta coś tam te kreski, kropki. I pytam: „Czy pani to słyszy?”. A ona: „Tak. O, tu skrzypce" i mi nuci. Nigdy w życiu nie osiągnę tej maestrii, żeby patrzeć na czarną kropkę i słyszeć dźwięk. To jest niewiarygodne.

Jak współczesna kultura na ciebie wpływa? Co z niej łowisz, co cię intryguje? Co cię uwodzi?

Jeżeli chodzi o historię sztuki, mam świadomość, że już tego liznąłem i nie do końca mnie dzisiaj inspiruje. Natomiast sztuka współ- czesna mnie kręci. Cały czas oglądam, śledzę, wchodzę na Pinterest i przeglądam. To mnie ładuje, inspiruje. Nie jestem artystą stylu. Jestem artystą, który świadomie, wbrew rozsądkowi, cały czas stara się rozwijać. Mieć nowatorski pomysł na każdą ilustrację. Holland zawsze mówi: „Ja lubię, jak robisz nowy plakat, bo to mnie zaskoczy, co przyniosłeś”. Teraz robię zlecenie na „Nowe Horyzonty”. Przysłali mi dziesięć moich plakatów, ale ja zrobiłem całkiem inaczej, i oni mówią: „Panie Andrzeju, ale chcemy, żeby było tak, tak jak pan robił kiedyś”, a ja, że „dzisiaj tak już nie robię”, „Ale my kochamy pana maźnięcia malarskie, czy pan tak jeszcze umie?”, „Umiem”. Usiadłem i do trzeciej w nocy namalowałem tak, jak chcą, bo to moja praca. Ale to nie sprawiało mi już takiej frajdy, bo nie sprawia mi radości robienie tego, co już umiem. Chcieli mnie „klasycznego”.

Skąd się bierze ta potrzeba nieustającego rozwoju?

ADHD. Bardzo cierpię, kiedy mam zrobić kilka podobnych ilustracji. Przy trzeciej mam wrażenie, że każdy ruch będzie przewidywalny, że nic mnie już nie zaskoczy. Stare rysunki mnie ciekawią, patrzę na te portrety i sobie myślę: „Cholera, jak ja to zrobiłem?”, bo nie mogę sobie przypomnieć narzędzi, których użyłem. Kiedyś miałem trzydzieści tubek farby i mogłem powtórzyć bez problemu każdy gest. Dzisiaj mam trzy i pół tysiąca wirtualnych pędzli, a każdy z nich ze trzy tysiące opcji. Jak mam to spamiętać? Teraz pracuję za pomocą iPada. To jest straszna pułapka.

Długo musiałeś się tego uczyć?

W połowie lat osiemdziesiątych dzwoni facet, pyta, czy możemy się spotkać, bo ma zlecenie. Pojechałem na Wolę, firma Reflex, wchodzę, a tam hala pełna komputerów, a ja nigdy jeszcze komputera nie widziałem. Składali te komputery z części z Korei. No i ten gość mówi, że zna moje plakaty i chce, żebym plakat reklamowy jego firmie zrobił. A tam akurat facet testował jakiś komputer i malował kreski, a te kreski składały się z kwadracików. Dowiedziałem się, że to piksele. Pytam, co to jest, a on, że to Corel, że się rysuje taką myszką. Pytam, czy może mi dać, ja zacząłem tą myszką rysować kółko, to, tamto. Pytają, czy już korzystałem z tej technologii, a ja: „Panie, w życiu komputera nie używałem! Ale chętnie bym się nauczył i zrobię wam plakat na tym komputerze”. On myślał, że żartuję, a ja w ciągu trzech tygodni nauczyłem się wszystkiego i zrobiłem mu projekty. Tylko z wydrukiem były problemy, bo nie mogłem grafiki z ekranu przenieść na papier z tą samą jakością.

Andrzej Pągowski – komunikat musi wyjść poza bańkę

Plakat jest formą publicystyki, musisz być na bieżąco ze światem, z geopolityką, z technologią.

Dlatego podglądam ulicę. Wszyscy mówią: „Jak ty możesz oglądać Batmana czy Transformersów?”. Ja na to, że jeśli robię plakat i on wisi na ulicy, to nie mogę komunikować się tylko z tymi, którzy oglądają ambitne kino, muszę dotrzeć do wszystkich. Ja oglądam wszystko, czytam wszystko. Z polityki się wymiksowałem, bo jest zakłamana, a ja nie jestem w wieku, w którym się na barykady idzie walczyć, ale nie możesz robić plakatu, który ma działać na ludzi, jeśli nie wiesz, w jakim świecie oni żyją. Żyjemy w bańkach, a ja walczę o to, żeby mój komunikat wychodził poza moją bańkę. Inaczej nie będzie efektu. Lubię media społecznościowe, bo nie wiem, kto to ogląda. Nagle Róża Thun pyta, czy może pokazać moją grafikę w Brukseli, a ja nawet nie wiedziałem, że ona mnie obserwuje. Mam świadomość, jak działa plakat na młodych. Kiedyś, może nie od zawsze, ale od 1994 roku, kiedy zrobiłem „Papierosy są do dupy”. To był żart, chciałem zyskać na czasie, żeby wymyśleć docelowy projekt, ale okazało się, że trafiłem na ministra zdrowia, który miał jaja i to kupił.

Jak się narodził ten pomysł?

Moja żona powiedziała, że papierosy są do dupy i stwierdziłem, że tak to zrobię. Ona, że to jest nienormalne. A ja, że spokojnie, oni to wywalą, a ja będę miał czas, żeby coś nowego zrobić. Kupili to, mówiąc, że do młodych trzeba iść tym językiem. Ale potem była afera w sejmie, że za państwowe pieniądze dupa... Ale po latach, kiedy robili badania w ministerstwie zdrowia, gdy Kopacz była ministrem, to na pytanie „Jaka kampania antynikotynowa przychodzi ci do głowy?” 70 proc. wymieniło plakat „Papierosy są do dupy” i stwierdzili, że po dziesięciu latach trzeba wznowić właśnie tę kampanię. Wtedy do mnie dotarło, jaka jest siła tego typu działania, mimo że tyle lat minęło, to zaczęli się do mnie odzywać ludzie, którzy wtedy mieli po dziesięć, szesnaście lat, którzy opowiadali, jak walczyli o ten plakat. Bo jak się pojawił i został wysłany przez ministerstwo do wszystkich szkół, to dyrektorki mówiły: „Do dupy? Niee!”, ale plakat musieli powiesić. Więc wymyślili sobie, że powieszą tylko na dzień bez papierosa i potem ściągną. A co młodzież zrobiła? Wpierdut go zabrała i do kibla, żeby tam wisiał. Dzieciaki się z tym identyfikowały. Najśmieszniejsza sytuacja była, jak już miałem swoją agencję, było pięciu czy sześciu dyrektorów i główny prezes. Siedzi, rozmawiamy, duża firma informatyczna, w końcu wszystkim dziękuje i że z panem Andrzejem chce na dwa słówka. Wszyscy wyszli, a on do mnie: „Panie Andrzeju, byłem w grupie, która walczyła o pana plakat. To był taki obciach, w kiblu jak ktoś palił, to mówiliśmy »dupa z ciebie«”.

Pracujesz tylko na zamówienie?

Jeżeli chodzi o kampanie społeczne, robię masę rzeczy za darmo. Wiele lat współpracuję z fundacją Nasza Ziemia. Zrobiłem właśnie plakat mówiący o segregowaniu śmieci. „Myśliciela” Rodina — cały swój krwiobieg ma z czterech worków. Jeżeli nie masz w sobie świadomości segregacji, to nic nie poradzisz. Nie może być tak, że ci ktoś nakaże. Musisz mieć świadomość, „segreguję dlatego, że wiem, że to ma sens”.

Porozmawiajmy jeszcze o modzie. nosisz pierścionki, jesteś kolorowym ptakiem, wszystkie elementy są z taką ekspresją dobrane.

Byłem jedyny na studiach, który miał czyste ręce. Nie lubiłem grafiki, bo brudziła paznokcie, rzeźby też nie, nie chodziłem w zielonych kurtkach-parkach, bo to była tragedia. Chodziłem w kolorowych ciuchach. A żona Waldka Świerzego powiedziała mi, że lubił u mnie robić korekty, bo ładnie pachniałem. Chyba wtedy dotarło do mnie, że na tych studiach byłem porąbany. Zupełnie inaczej się ubierałem niż reszta świata. W domu się nie przelewało. Jak jechałem na kolonie, miałem białe spodnie, a mama białą pastą do zębów czyściła mi tenisówki, żeby były czyste. Zawsze dbała o to. Wtedy tego nie ceniłem, ale musiała mi to zamiłowanie do czystości jakoś zaszczepić. Mam jakiś procent kobiecości w sobie, bo lubię manicure, pedicure, maseczki, kosmetyczkę, wszystko to, co lubią kobiety. Lubię zegarki i biżuterię, żona się śmieje, że jestem obwieszony jak choinka. Wojtek Pszoniak tak samo lubił pierścionki i czasem go pytałem, gdzie kupił to czy tamto. Jeżeli kobieta do ciebie dzwoni i mówi: „Andrzej, jestem w przebieralni, wyślę ci zdjęcie, ta sukienka czy ta?”, jeśli tak ci ufają, to coś to oznacza.

W końcu dzwonią do byłego dyrektora artystycznego „Playboya”.

Z „Playboyem” jest tak, że nauczył szacunku do nagości kobiety. Hefner wymyślił coś, co nam imponowało: mężczyzna będzie chciał oglądać nagą kobietę, jeżeli ją ładnie pokażemy, a my sprawimy, że nie będzie wulgarna, więc wyedukujemy jego erotyczność. A przy okazji wepchniemy mu Marqueza, dobry wywiad z artystą, trochę rysunku satyrycznego, a przy okazji sprzedamy perfumy, samochód, zegarek i koszulę. Jak pojechaliśmy do Chicago i oglądaliśmy „białą księgę”, widzieliśmy, jak to jest wymyślone, to powiem wam — szacunek. U nas wtedy to był tylko plakat przyklejony na ścianie w warsztacie, ale jak się pojawiła polska wersja, dotarło do ludzi, co to jest, jak jest wymyślone. 

Ale jak oglądasz tyle zdjęć, co ja musiałem, to przestajesz dostrzegać ten erotyzm kobiecy, bo musisz się skupić na urodzie samego zdjęcia. Bycie dyrektorem artystycznym zmusiło mnie, żebym patrzył na kompozycję, na światło, na tło i nie mogłem już mieć nawet czasu pomyśleć, czy chciałbym z nią iść do łóżka.

Ile lat to robiłeś?

Cztery czy pięć.

Co powiesz o modzie na botoks, na wygładzanie zmarszczek?

Kocham kobiety, ubóstwiam je i szanuję. Mam więcej przyjaciółek, więcej niż kolegów. Prawda jest taka, że sześćdziesięcioletni mężczyzna wygląda dobrze. Jeżeli jest zadbany, to wygląda bardzo dobrze. A pięćdziesięcioletnia kobieta już nie bardzo i ja nie mam problemu z tym, że walczy o swoją urodę. Problem się robi, kiedy się przegina. Miałem wśród znajomych problemy z bulimią itd. Widzisz, że dziewczyna ma problem, a ona tego nie widzi. Moim zdaniem to chyba na tym polega. Nie chce mi się wierzyć, że dziewczyna, która robi sobie krzywdę na twarzy, nie dostrzega, że jest źle. Po prostu nie umie się już zatrzymać... Jestem zaprzyjaźniony z Jolą Zwolińską. Chodzę do niej na zabiegi, uważam, że medycyna estetyczna jest OK, sam zrobiłem powieki, ale zdemolowanie sobie twarzy, to co innego...

Zwłaszcza jak masz dwadzieścia lat.

Tak. W tym wieku to dla mnie jest to niezrozumiałe. Myślę, że to kwestia siły mediów. Masz wzorce, które chcesz kopiować. Nigdy tego nie potępiam, to decyzja każdej kobiety. Mogę powiedzieć znajomym dziewczynom, że przesadziły. Ale gdy mówią mi argumenty, to wymiękam. To są często zawiłe, głęboko tkwiące kompleksy, które są wyleczone tym zabiegiem. Z drugiej strony przemysł medyczny wciąga cię w pułapkę. Jedna znajoma, która przepięknie wyglądała, nagle zaczęła wyglądać bardzo źle, gdy się rozwiodła, i skończyło się finansowanie zabiegów. Bo jeśli zaczniesz, musisz to robić cały czas na najwyższym poziomie medycyny. Inaczej zaczynasz się sypać po prostu. To nieustanna inwestycja. Jak masz piękny zamek, o który regularnie dbasz, to jest dobrze, ale jak nie masz pieniędzy i przyjdą dwie trudne zimy, tynk ci odpada, to tak to wygląda. Jeżeli nie prowadzisz zdrowego trybu życia: dobra dieta, wysiłek fizyczny, wysypianie się, dobre kosmetyki, to nie masz szans. Nie każdy ma urodę od pana Boga. Jeśli masz metr pięćdziesiąt, krótkie nogi, tendencje do dużych bioder, to tego nie zmienisz. Ale w kobietach bardziej mnie interesuje kobiecość niż uroda. Mam kilka przyjaciółek, które nie mają długich nóg, ale są cudownymi kobietami, a znam sporo długonogich modelek, które mają nieszczęśliwe życie. Mam teorię, że piękne kobiety mają nieszczęśliwe życie, bo poznają mężczyzn, jakich nie powinny poznawać.