Aleksander Lange: Ryzyko, jakie daje surging jest fajniejsze od używek

Pasję do sztuki i sportów zimowych odziedziczyłem po rodzicach. Podobnie jak mój brat i ja, są oni absolwentami ASP. Każdą zimę spędzali w domu artysty plastyka w Zakopanem, najpierw sami, potem razem z nami. Nauczyli nas jeździć. Zjeżdżaliśmy z Kasprowego Wierchu jako trzylatki. Byliśmy jak mali kamikadze, ciężko nas było powstrzymać. W ostatniej klasie podstawówki przerzuciłem się na snowboard. Tak mnie to wciągnęło, że podporządkowałem sportowi swoją edukację. Połowę czasu spędzałem na śniegu, drugą połowę na akademii, wracając na egzaminy i czasami na ostatnie terminy zaliczeń.

Dwa lata temu urodziła mi się córka, więc zeszłej zimy odpuściłem snowboard na rzecz rodziny i miesięcznej wyprawy do Indonezji. Ale w przyszłym roku wybieram się w góry, żeby nauczyć jeździć córkę. Teraz sport zimowy ustąpił miejsca surfingowi. Mój brat Gustaw pod koniec studiów wyjechał na praktyki do San Diego. Pracował, a wolny czas spędzał na desce w oceanie. Gdy wrócił, pojechaliśmy razem do Portugalii na surfing i totalnie mnie wciągnęło. Snowboard jest prostszy do opanowania, można się zsunąć z górki po śniegu, przewrócić, podnieść. A na surfingu trzeba poznać ocean, gdzie wypływać, jak pracuje fala, czy jest przypływ czy odpływ. Ryzyko, jakie daje ten sport, jest fajniejsze od imprez, używek. Na mnie działa jak narkotyk.

Aleksander Lange: Apteczkę zawsze mam pełną, czekając na kolejne wyjazdy

Mam wolny zawód. Razem z bratem prowadzimy biuro projektowe. Kalendarz mam zaplanowany do czerwca 2019 roku. Wiem, że jak kupię bilet, wynajmę dom, to mnie motywuje, żeby oddać projekty i planować kolejne wyprawy. Na ostatnich wakacjach moje i żony obowiązki rodzicielskie były podporządkowane przypływom i odpływom. Ona się nie oddała mojej pasji, może to i lepiej, bo dzięki temu może się zająć córką, kiedy jestem w wodzie.

Kiedyś pewnie byłem gadżeciarzem. Nie mam nic przeciwko gadżetom, ale jeśli służą tylko do lansu, to nie ma wiele wspólnego ze sportem. Podobnie gdy ktoś surfuje i mocno imprezuje, to znaczy, że nie pływa, bo surfing jest tak wyczerpujący, że potem nie ma się na nic siły. Kiedyś snowboard i surfing kojarzyły się z balangowiczami, którzy na kacu wskakiwali na deskę. Dziś to pełnoprawni atleci, którzy aby zregenerować organizm, wchodzą do wanny pełnej lodu.

Poza tym sporty ekstremalne dają możliwość poznania swojego ciała. Jeżdżąc na snowboardzie, miałem wybite łokcie i palce, wstrząs mózgu, parę razy byłem zszywany. Surfując na Bali, kładliśmy trzy warstwy australijskiej „pięćdziesiątki” i pływaliśmy w koszulkach, a mimo to dostaliśmy poparzeń słonecznych. Choć i tak znosimy słońce lepiej niż Anglicy czy Rosjanie. Ale najbardziej świadomi są Australijczycy, bo jest tam najwyższy współczynnik nowotworów skóry. Pływają w lycrach, czapkach z blokadami UV. Na wyjazdy zabieram ze sobą maść na obrzęki i stłuczenia, pastylki do robienia izotonicznych napojów, wodę utlenioną, probiotyki, leki antyzapalne. Kontuzje na surfingu zdarzają się rzadko. Trzeba być raczej przygotowanym na zatrucia, bo w oceanie są bakterie, w wielu miejscach woda jest niezdatna do picia. Ponadto często rani się stopy o rafy koralowe. Zmorą jest wyciąganie jeżowców ze stóp, kruszą się podczas wyciągania. Pomaga gorąca woda z octem i limonka, która strasznie szczypie, ale świetnie odkaża. Podsumowując, apteczkę zawsze mam pełną, czekając na kolejne wyjazdy.