Alber Elbaz to gawędziarz. Kiedy się przy nim siada, chciałoby się zatrzymać czas, by dłużej móc słuchać jego nieco monotonnego głosu i niemal perfekcyjnego francuskiego z lekkim akcentem. Opowiada o swoim życiu i o modzie. Przede wszystkim o modzie. Elbaz, który pracuje dla Lanvin od ponad 12 lat, poświęcił swoje życie projektowaniu. Z wszystkim, co się z tym wiąże: całkowitym oddaniem, często samotnością. Słuchać Albera Elbaza to jakby wejść na wyższy poziom zawodu projektanta. Jest tak subtelny, delikatny, wyrazisty. Rozmowa z nim jest niesamowita. Rzadko się słyszy tak mądre słowa na temat mody. Tym bardziej że Alber nieczęsto się zwierza i niechętnie udziela wywiadów. Co nie znaczy, że czuje się wtedy niezręcznie. Nie, on po prostu nie ma czasu. Pracuje nieustannie, bez wytchnienia. Praca to jego przeznaczenie. Wyjaśnia to w prosty sposób, z ogromnym entuzjazmem. A potem już nie stara się tłumaczyć. Bo moda to po prostu jego życie. Alber Elbaz jest szczęśliwym melancholikiem. Teraz, gdy dom mody Lanvin świętuje swoje 125. urodziny, nadchodzi czas na przerwę w życiu Albera Elbaza, który pozwala sobie na delektowanie się smakiem czekolady. Udało nam się skraść kawałek tej chwili.

W końcu nam się udało wyrwać Pana z pracowni!
ALBER ELBAZ To prawda, pracuję na okrągło! Przez całe dnie, we wszystkie weekendy. Myślę tylko o pracy! Na wakacje pozwalam sobie tylko, kiedy choruję albo padam ze zmęczenia! Uwielbiam ten zawód. Modę i ludzi, którzy ją tworzą.

Jak wpadł Pan w świat mody?
Zostałem projektantem mody w wieku pięciu lat! Zawsze miałem dwa tornistry. Jeden z książkami i zeszytami, a drugi wypełniony kolorowymi papierkami. Rysowałem przez cały czas. Miałem z tego powodu kłopoty w szkole. Nauczyciele dzwonili do mojej mamy i skarżyli się: „On nie może ciągle rysować podczas lekcji”. Na szczęście dobrze się uczyłem. W końcu dali mi spokój. Niektórzy z nauczycieli dobrze się ubierali, na zakończenie nauki dawałem im w prezencie zeszyt z narysowanymi przez siebie ubraniami, które nosili podczas całego roku szkolnego. W mojej dzielnicy w Casablance byłem znany jako dzieciak, który rysował modę. Sąsiedzi mówili: „Kiedyś zostaniesz wielkim krawcem. Tak, tak, zamieszkasz w Paryżu”.

I rzeczywiście – jest Pan w Paryżu i w świecie mody już od bardzo dawna. Dla Lanvin pracuje Pan od 12 lat. Czas na bilans?
Poza tym, że projektant nie jest już właścicielem domu mody, największą rewolucję w świecie mody przyniósł internet. Internet jest tak ważny jak wynalezienie koła! Wszystko stało się szybsze. Papier pozwala nam na powolne błądzenie po napisanej treści, a gdy czytamy coś na ekranie, stajemy się niecierpliwi, musimy się streszczać. Wszystko staje się zredukowane do minimum, również moda. Kiedy prezentuję nową kolekcję, natychmiast trafia ona do sieci. Pół godziny później należy już do przeszłości. Szybkość zabija chwilę. A moda karmi się chwilą: „It’s all about now”. Internet wymiótł emocje. Króluje w nim natychmiastowe osądzanie. Wasz wizerunek jest nieustannie poddawany krytyce. Muszę brać to pod uwagę, bo nie chcę, żeby się naśmiewano z kobiet, które ubieram.

Zastanawia się Pan, jak kreacje będą wyglądać na zdjęciach?
Oczywiście. Zauważyłem to, gdy projektowałem suknię dla pewnej aktorki na ceremonię rozdania Oscarów. Była cała z muślinu, wspaniale się układała. Wydawało się, że oddycha, jakby była unoszona przez wiatr. Jednak kiedy ją filmowano, wydawała się płaska. Od tego momentu zacząłem wymyślać sukienki fotogeniczne. Dobrze się prezentują na ekranie, choć często nie robią tak dużego wrażenia w rzeczywistości.

Czy można mówić o dyktaturze ekranu?
Tak. Możemy woleć kremowy, obszerny salon z miękką kanapą z wielkimi, przytulnymi poduchami, które zachęcają do tego, by się w nie wtulić i zasnąć, ale będziemy raczej fotografować gładką ścianę, betonową, polakierowaną podłogę ze stalowym krzesłem pośrodku. To bardziej graficzne. Kwadrat fotografuje się lepiej niż koło. Ale życie jest bardziej krągłe niż kwadratowe. Kobieta jest pełna krągłości, kwadratowy jest mężczyzna. To internet spowodował wielki powrót męskich ubrań na kobiece wybiegi. Są one proste, przejrzyste, precyzyjne, lepiej się prezentują. Męskie ubrania, zdecydowane kolory i nadruki to trzy elementy, które na zdjęciach prezentują się najlepiej. Szczególnie dobrze sprawdzają się nadruki. Nie trzeba męczyć się wiele godzin w pracowni, by stworzyć coś niezwykłego. Nadruk tworzy całość. Tak jak sukienka w kolorze fuksji. Czy widać wiele sukienek w kolorze fuksji na ulicach? Nie, ale za to na zdjęciach jest ich mnóstwo!

W jaki sposób te nowe wymogi odbijają się na Pana pracy?
Muszę łączyć trzy różne punkty widzenia: oko, lustro i ekran. Oko to moje spojrzenie. Lustro to moje spojrzenie na przestrzeń i spojrzenie na innych ludzi. A ekran to sposób, w jaki patrzy na nas świat. Trzeba odnaleźć pomiędzy nimi równowagę. To trudne, bo pracuję ciągle coraz więcej. Projektuję aż sześć kolekcji w ciągu roku. Do tego pięć krótkich kolekcji limitowanych. W świecie mody wyczuwam agresję i bardzo mi się to nie podoba. Widzę coraz mniej uśmiechów na ustach klientów, dziennikarzy i stylistów. A przecież moda wymaga rodzinnej atmosfery, bycia na luzie. Mam jednak wrażenie, że dzisiaj wszystko rozgrywa się w wielkich hotelach, gdzie nie je się kolacji, tylko nosi duży zegarek, który błyszczy i wyróżnia jego właściciela. Tak więc my błyszczymy, ale nie błyszczą nasze oczy. To niebezpieczne. Trzeba by powrócić do czegoś intymniejszego, bardziej emocjonalnego. Trzeba powrócić do tworzenia. Modowy biznes zubaża proces tworzenia. Nie ma prawa do błędu. I żeby nie popełnić błędu, zadowalamy się tym, co znamy i co potrafimy robić. Nie ryzykujemy. A przecież największe wynalazki i najpiękniejsze kreacje powstały drogą prób i błędów.

Alber Elbaz: Genialny wrażliwiec - Czytaj dalej >>